The actress

Nie każdy może być wielkim artystą, ale wielki artysta może ujawnić się w każdym

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
W domu było troszkę inaczej. Moi rodzice byli zajęci sprawą z sądem, a ciocia usiłowała zapanować nad zawsze wariującymi dziećmi. W końcu ja wymyśliłam, że Oli pójdzie spać, a Margaret i Henriego wyślemy na dwór, gdzie grali w piłkę. Potem już tylko miałam czas dla siebie, podobnie jak Sofie.
Pierwsze, co zrobiłam, to pobiegłam do pokoju i padłam na łóżko. Leżałam tak trochę długo, aż w końcu zdecydowałam się włączyć laptop i muzykę.
Ciągle wpół leżąc na łóżku, położyłam sobie sprzęt na kolanach i rozpływałam się w ulubionej melodii. Włączyłam popularną stronę społecznościową (nie będziemy wymieniać nazwy), a następnie zalogowałam się. Ponieważ nic ciekawego się tam nie działo, włączyłam czat i zobaczyłam wiadomość od Rosalie:

Wiesz może, kiedy sprawdzian z algebry?

Nie wiedziałam. Nawet nie miałam czasu przejmować się matematyką, więc odpisałam:

Nie wiem, prawdopodobnie Borys będzie wiedział.

Borys był kujonem klasowym. Na zajęciach dodatkowych, zwanych Rozwojem Zainteresowań, uwielbiał zakłócać ciszę swoją grą na klarnecie. Niestety, zazwyczaj zostawał pozbawiony instrumentu i całą przerwę poświęcał na szukanie go. Według mnie był bardzo miły i na swój własny niepojęty sposób przystojny, ale jego sposób bycia irytował każdego. Zapewne dlatego zrezygnował z gry na instrumentach, bo od jakiegoś czasu nawet nie próbował wyciągnąć ich z szafki.
Rosa dopiero po jakimś czasie odpisała.

Może jeszcze zapytam. Lilly właśnie do mnie pisze: „czy wybierasz się na bal zimowy”

Teraz będą tłumaczenia. Lilly to jedna z hrabin szkolnych, tzn. cheerleaderka drużyny szkolnej, blondynka, strasznie chamska. Zawsze się takie znajda w szkole, ale tak się składa, że jest jeszcze parę dziewczyn tego typu w naszej klasie. Kriss, Ceastle i oczywiście Tina, królowa laluni szkolnych. Wszystkie te dziewczyny są dokładnie takie, jak inne lalunie. Co prawda, Tina nie mogła być przewodniczącą cheerleaderek, ale z pewnością będzie się o to starała w przyszłym roku, gdy będzie miała 16 lat. Rosalie należała w swoim czasie do tej grupy, ale postanowiła nie iść na łatwiznę i została śmieszną, szaloną Rosą, która zdecydowanie powinna dostać puchar za najzabawniejszą popularną dziewczynę roku.
Co do balu zimowego, to taka niby dyskoteka, bardziej elegancka, gdzie wybiera się królową i króla balu. Co prawda był dopiero koniec jesieni, ale i tak trwały przygotowania. Nie jest to impreza obowiązkowa, ale i tak wszyscy na nią przychodzą.
Najgorsze jest jednak to, że do tej pory raczej nie miałyśmy partnerów, a gdy go nie ma, wszyscy o tym wiedzą. A Lilly pisała do nas tylko dlatego, by dostarczyć informację Tinie.
Ponieważ lubiłam wymyślać teksty potrzebne Rosalie, chętnie jej pomogłam.

Napisz jej: Nie martw się, Tina z pewnością znajdzie sobie partnera, przecież Borys jest zawsze wolny.

Wysłałam jej to, choć wiedziałam, że to raczej mało zabawny tekst. Zdecydowanie stać mnie na więcej, ale na razie nie miałam ochoty wymyślić coś lepszego. Rosa natomiast szybko odpisała.

Dzięki serdeczne, muszę kończyć, do jutra i napisz mi potem, co z tą twoją nową rodziną.

Zobaczę, do jutra.

Jakoś dziwnie było myśleć o nowej rodzinie, więc wyłączyłam wszystko i zabrałam się do gry na pożyczonej od Rosy gitarze.

***


Jakiś czas później rodzice mnie zawołali na dół (a raczej potężne walnięcia piłek i zabawek w moje drzwi plus wrzeszczenie dzieciaków, że mama mnie woła). Zeszłam więc, po drodze przypadkowo obrywając piłką i przeszłam do sypialni na pierwszym piętrze.
Mama od razu zaczęła mówić, bez słowa przywitania.
- Twoja ciotka chce się z tobą spotkać.
Na początku nie zrozumiałam, o co właściwie chodzi.
- Ale ona jest na dole w kuchni, już mówiła, że nie potrzebuje pomocy.
Mama pokręciła głową przecząco.
- Nie, twoja prawdziwa ciotka.
Znowu musiałam dostać chwilę na przemyślenie jej wypowiedzi, aż w końcu pokiwałam głową, zaskoczona.
- Och. - zmarszczyłam brwi i popatrzyłam w dół nie wiedząc co powiedzieć. - A kiedy?
- Jeszcze nie ustaliła terminu, ale chciała otrzymać twoją zgodę. Nie chce cię zmuszać, choć i tak w końcu będziesz musiała ją poznać. - powiedziała mama.
Zastanowiłam się nad jej odpowiedzią. Wychodziło na to, że moja rodzinka chce mnie namówić na życie u nich – w końcu ja też miałam prawo odpowiadać w tej sprawie.
- Czyli mam do niej zadzwonić, czy ona sama to ustali? - zapytałam.
- Myślę, że chyba sama, więc po prostu trzeba poczekać.
Potem poszłam do pokoju. Zastanawiałam się, jak będą mnie traktować, czy uda im się mnie do nich przekonać. W końcu mogli się okazać jakimś zupełnym dla mnie wybawieniem.
Wtedy doszłam do wniosku, że przecież przeprowadzając się do nich nie będę musiała opiekować się tym domem.
Natychmiast odgoniłam tę myśl. Byłam zupełnie przyzwyczajona do dotychczasowego życia, nie chciałam myśleć źle o tej rodzinie. Tak, miałam aż za dużo pracy, miałam dość wygłupów dzieciarni i dodatkowych zajęć. Jednak nie miałam za złe moim prawdziwym rodzicom, że oddali mnie do Domu Dziecka, bo przecież właśnie dlatego tu trafiłam.
Uznałam rozdział za zamknięty. Kocham moją rodzinę i nie chce jej opuszczać, przynajmniej na razie.

***

- Cecylia, powiesz coś wreszcie?- spytała Rosa. - Ashley!
No tak. Tego dnia byłam zupełnie zamyślona i nie zwracałam uwagi na Rosalie.
- Możesz nie mówić tak do mnie? - spytałam. - W domu i zupełnie wszędzie mówią mi Cecylia, jakbyś nie zauważyła.
Użyła mojego drugiego imienia. Choć było ładne, przywykłam do Cecylii, mimo że to imię było zdecydowanie za długie. Ashley – zupełnie w sam raz, ale wydawało mi się trochę obce.
- Dobra, nieważne. Nareszcie coś powiedziałaś! - ucieszyła się.
- Nie na długo. - odparłam i rozległ się dzwonek po korytarzu. - Muszę iść na angielski, widzimy się na lunchu!
Rosa coś odkrzyknęła, ale nie usłyszałam dokładnie, co. Pobiegłam do sali i wyczekiwałam nauczycielki. Wkrótce weszła.
- Witam was, drodzy uczniowie! - powitała nas jak zwykle. Pojedyncze osoby odpowiedziały, reszta była cicho. - Coś mało w was życia! Cóż, może się rozluźnicie na filmie.
W tamtej chwili do sali weszły kolejne osoby, spóźnione. Wymamrotały jakieś „przepraszam za spóźnienie” i poszli na swoje miejsca. Pani wzruszyła ramionami, wzdychając.
- Niestety, dziś też wam nie podaruję. Wpiszę wam spóźnienia po lekcji, bo teraz mam pewne ogłoszenie.
Klasa wyczekiwała odpowiedzi, ale ja nie byłam zbyt przejęta. Wręcz przeciwnie, zupełnie obojętna siedziałam znudzona na miejscu.
- Postanowiłam odświeżyć zwyczaje i pozmieniać wasze dotychczasowe rozmieszczenie. Nie wszyscy je zmienią, ale zdecydowanie większość was. Oczywiście, jest to na waszą korzyść. - starała się uspokoić buntowników klasowych. - Dzięki temu będziecie mogli...
Mówiła coś dalej, ale nie słuchałam jej. To był zdecydowanie za długi monolog, a jej opinia klasowa mogła się zupełnie zmienić. Po paru minutach wreszcie zaczęła rozsadzanie.
- Ami, zamienisz się z Tuesday, James z Kriss. - tu zaczęły się pewne protesty, dotyczące dzielenia ławki z osobą niezbyt lubianą. Jakież to było dziecinne. Dodam też, że to była jedna z niewielu sal, gdzie ławki były dwuosobowe, a ja siedziałam z Tuesday. To oznaczało, że każdy mógł się do mnie dosiąść.
O dziwo, tak się nie stało.
- To już wszyscy, więc...
- Hm, a ja?
Zdziwię was, to był Nick.
(Oczywiście każdy z was przewiduje teraz, że usiądzie obok mnie - to takie oczywiste!)
- Dobrze, na razie usiądziesz na miejscu Wery, obok Colina. Ona jest chora, prawda? - spytała klasę, na co odpowiedziało jej parę osób.
- W takim razie zaczynamy. Niestety, płyta z filmem jest zepsuta po ostatnim oglądaniu – (miała na myśli inną grupę, gdzie ktoś na nią nadepną, gdy upadła na podłogę – wiem, też nie wiem, jak można było do tego dojść) – Dlatego dziś będzie normalna lekcja.
- A gdyby ktoś przyniósł ten film do szkoły? - zapytał ktoś.
Nie musicie zgadywać – to przecież oczywiste, że Nick postanowił się wyróżnić w klasie.
- Masz na myśli siebie, zgadłam? - spytała pani.
„Nie, oczywiście, że nie”
- Właściwie tak.
Może innym razem uda mi się zgadnąć. (To był sarkazm, jakby ktoś nie zrozumiał.)
- W takim razie spokojnie możesz przynieść na jutro. Dobrze, podręcznik, strona 124.
Wyciągnęłam książkę i otworzyłam na stornie. Podczas lekcji zdarzyło mi się przyglądać Nickowi, a siedział dwie ławki przede mną w sąsiednim rzędzie. Niestety, w pewnym momencie się obejrzał, chcąc powiedzieć coś do sąsiada z tyłu, a ja momentalnie odwróciłam wzrok. Potem odważyłam się znów na niego znów popatrzeć, a nasze spojrzenia się spotkały. Oczywiście od razu odwróciłam się i skarciłam za samo patrzenie się na niego.
Na lunchu nie wspominałam o tym Rosalie, i po prostu słuchałam, jak opowiadała o głupim przypadku Caroline na biologii. Nie wydawał mi się ciekawy, więc tak jakby udawałam, że jej słuchałam. Potem spojrzałam na Nicka, który właśnie przysiadał się do jakiegoś stolika.
Nie wiem, czego myślałam, że będzie na mnie patrzył.
W domu, po siedmiu lekcjach i dodatkowych zajęciach miałam serdecznie dość wszystkiego. Mimo to i tak uśpiłam Olivię, odprowadziłam Henriego do kolegi i pobawiłam się z samotną Margaret (o, litości!). Na sam koniec przygotowałam kolację, wyjaśniłam spór między Sofie a Margaret - poszło o walenie piłką w drzwi pokoju Sofie, która właśnie malowała (a przeszkadzanie jej wtedy nie było mądre), a następnie przyprowadziłam Henriego, który zapomniał wrócić wcześniej na kolację.
Po całym koszmarnym popołudniu pracy dostałam wynagrodzenie – w piątek wieczorem miałam zostać zupełnie sama w domu – Margaret i Henri idą na urodziny kogoś z klasy, Sofie do koleżanki, mama z tatą pracują wtedy do późna i udają się na przyjęcie wraz z ciocią i wujkiem. No, może nie zostaję do końca sama, bo jest jeszcze Oli, ale ona i tak pójdzie wcześnie spać.
Wiadomość ta była dla mnie wybawieniem od codziennej pracy. Nie mogłam się wprost doczekać końca tygodnia, a muszę dodać, że był środa.

_____***_____


Z opóźnieniem, rozdział 3! Miałam chwilowy problem z internetem, ale mam nadzieję, że to i tak nie robi różnicy. liczę, że rozdział się wam spodobał.
Do następnego!!!
Tagi: ...
11.02.2016 o godz. 17:09
W prawdzie byłam trochę zbyt męczona wszystkim, ale koło dziewiątej, gdy w końcu udało mi się uśpić Olivię, poszłam do sypialni rodziców, gdzie cicho rozmawiali.
- Myślę, że Cecylia powinna się o tym w końcu dowiedzieć, to ważna sprawa. - powiedział tata.
- Może zareagować w każdy sposób, a jeśli wybierze tamtą rodzinę...? - zapytała mama, szlochając.
Ucichła, gdy weszłam do pokoju. Nie miałam pojęcia, co miała na myśli mówiąc o jakiejś drugiej rodzinie, ale chciałam to wyjaśnić.
- Mamo, o co chodzi z tym pozwem? Złamaliście prawo? - spytałam, choć w to wątpiłam.
Tata postanowił odpowiedzieć.
- Nie złamaliśmy prawa, ale twoja... rodzina... upomniała się o ciebie.
Mama znowu zaszlochała. A ja myślałam, że niedosłyszałam.
- Moja rodzina? Znaczy... ta prawdziwa? - zapytałam z niedowierzaniem. - Ale przecież moi rodzice nie żyją.
- Bo nie żyją, ale siostra twojej matki tak. - powiedziała mama.
Szybkie wyjaśnienia: Z tego co mi było wiadome, byłam oddana do domu dziecka dobrowolnie, znaczy wcześniejsi rodzice sami zdecydowali się na to, potem odeszli. Nie da się ukryć, że byłam mocno zdziwiona tą nowiną. Wracając do tematu:
- Czyli... zgłosiła sprawę do sądu? Przecież nawet nie ma pewności, czy chcę z nią być, a poza tym trochę późno się upomniała o mnie.
- Bo nie mogła cię znaleźć – wytłumaczył ojciec. - Przyszedł do nas wcześniej list, w którym koleżanka Anny szukała twojej rodziny i tak się spotkały. Twoja prawdziwa ciotka chce chyba, byś z nią zamieszkała lub przynajmniej ją poznała.
Stałam, patrząc na nich z niedowierzaniem To się działo zbyt szybko i niezbyt fajnie. Jakoś nie chciałam czuć sympatii do osoby, która prawie siłą chce mnie oderwać od dotychczasowego życia.
Mama podeszła do mnie i mnie uścisnęła.
- Jeśli chcesz wybrać tamtą rodzinę, zrozumiemy to. - i uścisnęła mnie mocniej. Ja odwzajemniłam uścisk, ale dopiero po chwili zrozumiałam obawy mamy.
O niczym mi nie mówiła, bo nie chciała, bym od niej odeszła i żyła w innej rodzinie.
- Mamo, nawet jeśli polubię tamtą rodzinę, w co wątpię, to w życiu was nie zostawię. Kocham was. - powiedziałam naprawdę szczerze, a mama się uśmiechnęła się przez łzy, wraz z tatą.

***

- Że co?!
Tak zareagowała Rosalie w szkole, gdy byłyśmy przed trzecią lekcją już w sali, czekając na nauczyciela. Kilka par oczu skierowało się do nas.
- Cicho, nie krzycz tak...
- Dobra. - powiedziała ciszej. - Zaraz, to znaczy, że masz inną rodzinę?
- Tak.
- A biedną czy bogatą? - chciała wiedzieć.
- W sumie nie wiem. - przyznałam. - Nic o nich nie wiem, tyle tylko, że to moja ciocia i wujek, i zobaczę się z nimi niedługo.
- Czyli totalnie obcy ludzie domagają się, byś była ich rodziną po niemal 16 latach. - streściła.
- Nie do końca, do sierocińca oddano mnie, gdy miałam rok, niedługo potem mnie zaadoptowano...
- Czyli po 15 latach? - spytała Rosalie, a ja przytaknęłam. - A to jakaś różnica? I tak to sporo czasu, dlaczego dopiero teraz...
- Panno McKeegan, na pewno nie chce się pani z nami podzielić jakąś ważną informacją? - spytał nauczyciel, którego wcześniej nie widziałyśmy. Lekcja się zaczęła, a Rosalie siedziała odwrócona do mnie.
- Nie, proszę pana. - odpowiedziała słodko Rosa.
- Następnym razem będą zadania karne dla ciebie i twojej koleżanki. - ostrzegł, po czym kontynuował lekcje.
- Porozmawiamy na przerwie. - szepnęłam do niej, a ona lekko kiwnęła głową.
Pod koniec lekcji nie mogło ujść mojej uwadze, że w klasie jest ktoś nowy.

Na przerwie nie miałyśmy za wiele czasu, ale zdążyłam złapać Rosalie.
- Rosa, czemu nie mówiłaś mi, że ktoś doszedł do nas? - spytałam.
- Co? - Rosa nie kryła zdziwienia.
- No, ten chłopak, o którym mówiłaś. To chyba on do nas dzisiaj doszedł, prawda? - upewniłam się.
- Och, dopiero teraz zauważyłaś? Nie mówiłam ci o nim, bo wcale nie jest taki fajny.
- To znaczy?
- Jest bogaty, ale nic poza tym. Wszystkie te lalunie idą właśnie na niego, a on nic z tym nie robi. Kocha być w centrum uwagi!
Zdziwiłam się, gdy nagle zobaczyłam owego chłopaka, specjalnie omijającego grupę popularnych, jakby chciał się ich pozbyć.
- Coś mi się nie wydaje. Rosa, o co chodzi? - zapytałam. Takie zachowanie zdecydowanie do niej nie pasowało. Taka dziewczyna jak ona nie daje takich płytkich wymówek przyjaciółce, tylko nauczycielowi. Wyraźnie było widać, że nie jest szczera.
Dopiero po chwili zdecydowała się coś powiedzieć.
- Na pierwszej lekcji upokorzył mnie, przewracając na środku korytarza.
- A od kiedy ty się tym przejmujesz?
- Od kiedy przy tym był Michael. - powiedziała.
Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że Rosa tak może się tym przejmować. Mike na pewno nie śmiałby się z niej, a przecież tylko nim mogła się przejmować Rosa. Nie czepiałam się więc tego.
- A zrobił to przez przypadek? - zapytałam.
- Nie, ale upokorzył i to wystarczy. Na dodatek od razu uciekł.
- Nie wątpię. - odparłam, a po chwili usłyszałam dzwonek. - Dobra, widzimy się na lunchu. Pa!
Popędziłam do sali, gdzie właśnie miałam mieć angielski.
Zdążyłam wejść w ostatniej chwili, gdy pani była już w sali.
- Masz szczęście, następnym razem możesz się spóźnić, lepiej nie ryzykować. - stwierdziła nauczycielka, patrząc na mnie. Uśmiechnęłam się do niej, a ona odwzajemniła go. Lubiłam tą nauczycielkę, bo jako jedyna niechętnie używała sarkazmu wobec uczniów i dawała najmniej zadań karnych.
- Dzisiaj, jak obiecałam, mieliśmy obejrzeć film...
W tej samej chwili weszły trzy inne osoby, w tym chłopak, który dzisiaj doszedł do klasy.
- No, wy nie macie już dużo szczęścia. - zaśmiała się, a klasa zachichotała. Spóźnieni też się uśmiechnęli. - Niestety, mam obowiązek wstawić wam teraz spóźnienia, ale raczej tego nie zrobię. Myślę, że podczas tak luźnej lekcji z filmem mogę podarować uwagi.
Uśmiechnęli się i zaczęli siadać na swoje miejsca, ale pani zatrzymała chłopaka.
- Ciebie jeszcze nie znam, dzisiaj przyszedłeś do klasy?
- Tak, proszę pani.
- Może przedstawisz się klasie? Założę się, że część osób nie była na waszej pierwszej lekcji.
(Dla wiadomości dodam: w naszej szkole mamy podział klasy na grupy i każdą lekcję w innych salach, dlatego na tej na przykład nie ma Rosy, ja mam angielski, a ona biologię.)
- Pewnie tak, proszę pani. - potem odwróciła się do klasy. - Nazywam się Nick Wallet, mam 16 lat.
- I co lubisz? - zapytała nauczycielka.
Po chwili udawanego namysłu odparł:
- Spać, ale oczywiście na pani lekcjach postaram się nie zasypiać.
Klasa roześmiała się, choć żart wcale nie był najlepszy. Jednak widać było, że jest asertywny, a to podwyższało jego stanowisko klasowe.
- No dobrze, koniec z żartami. - uspokoiła nas pani, sama powstrzymując chichot. - Możesz usiąść gdzie chcesz, jutro cię usadzimy w stałym miejscu. Dziś dokończymy oglądać film...
Pani mówiła coś dalej, aż w końcu puściła nam filmową wersję omawianej obecnie książki. Może Rosa nie lubiła Nicka, ale nie wydawał się być niemiły.
Ponieważ go nie opisałam, spóźniona charakterystyka: wysoki, nawet przystojny, włosy coś pod kolor naprawdę ciemnego brązu, zielone oczy (to zgaduję, nie zdążyłam się przyjrzeć) i ubrany dość przeciętnie.
Szybko zapomniałam o swoich problemach związanych z prawdziwą i przyrodnią rodziną.

_____***_____


Jak obiecałam, przed wtorkiem rozdział następny! Mam nadzieję, że wam się spodobał :)
Do następnego!!!
Tagi: ...
01.02.2016 o godz. 20:40
Postanowiłam w ogóle zapomnieć o liście, który dostała mama. Nie spodziewałam się niczego, po prostu zajęłam się tym, co robiłam do tej pory, a z dzieciarnią taką, jaką mam w domu, nie było czasu na odpoczynek.
Zeszłam na dół by pomóc cioci. Akurat złożyło się, że miałam dzień wolny od szkoły, a to oznaczało, że spokojnie mogłam jej pomóc. Mama nie pracowała na co dzień. Była nauczycielką i udzielała korepetycji po godzinach pracy w szkole. Tata był redaktorem – pisał artykuły dotyczące różnych rzeczy, przez co okazał się bardzo pomocny tej firmie. Wujek natomiast wraz z przyjacielem prowadził firmę remontującą pomieszczenia i temu podobne rzeczy. Ciocia natomiast poświęciła się opiece nad dziećmi, tylko raz w tygodniu chodziła pracować w pobliskim sklepie cukierniczym, skąd przynosiła czasem jakieś słodkości.
Wszyscy dorośli w tym domu pracowali, więcej czy mniej, i razem sobie pomagaliśmy. Ja byłam pomocna cioci po szkole, Sofie, jako najstarsza z rodzeństwa, czasami też pomagała w różnych sprawach, najczęściej opiekowała się Olivią, a Henri i Margaret szli swoją drogą.
W przeszłości, gdy byłam jeszcze mała, te dwie rodziny postanowiły zamieszkać pod jednym dachem i sobie pomagać. Moi rodzice byli wtedy w trudnej pozycji finansowej, natomiast ciocia i wujek mieli duży dom, dobrze zarabiali, ale mieli problem z Sofie i ciężarną ciocią Vickie. Dzięki temu tworzyliśmy dużą rodzinę, w której wszyscy mówiliśmy do siebie najczęściej po imieniu.
Mój dzień wyglądał raczej normalnie. Rano zbierałam całe towarzystwo, i wraz z Sofie odprowadzałyśmy bliźniaków do szkoły. Po zajęciach było różnie – czasem wracałam do domu jako pierwsza i odgrzewałam obiad dla reszty, a czasami musiałam odebrać rodzeństwo cioteczne ze szkoły. Mimo to, lubiłam takie życie. Pewnie dlatego, że innego nie poznałam.
Gdy wieczorem byli już wszyscy, pomogłam cioci i Sofie przygotować kolację. Ja smażyłam naleśniki, Sofie nakrywała do stołu, a ciocia robiła coś do picia. W końcu wszyscy zasiedliśmy do kolacji i dzieliliśmy się relacjami z dzisiejszego dnia.
- Co tam dzisiaj robiliście w domu? - zapytała nas mama. Oczywiście, Margaret i Henri postanowili odpowiedzieć chórem, dzięki czemu nic nie dało się zrozumieć. Wujek Thomas się zaśmiał.
- No, a co u ciebie, Sofie? - zapytał.
Sofie była troszkę nieśmiała, a przynajmniej bardzo niechętnie się odzywała przy nas. Lubiła rysować, stąd to zainteresowanie reszty rodziny.
- Nic takiego, kończyłam obraz na konkurs szkolny. - powiedziała, potem „zdmuchując” z twarzy kosmyk jasnych włosów zaczęła bawić się jedzeniem.
- A jaki to konkurs? - zainteresowała się mama.
- „Owoce jesieni” - wyjaśniła.
- To pewnie coś ciekawego. Pokażesz nam później? - spytał się tata.
- Może. - odparła niby obojętnie, ale widać było jej radość, że interesuje kogoś jej twórczość.
- Ach, właśnie! - przypomniała sobie coś Vickie. - Razem z Oli wymyśliłyśmy dla niej grę. To wygląda tak. - popatrzyła na córkę. - Jak robi krówka?
- Muuu. - odpowiedziała uradowana Oli.
- A jak kotek?
- Miau!
- A jak piesek? - dołączył się wujek Thomas.
- Hał, hał!
Tak bawiliśmy się przez jakiś czas, aż skończyło się jedzenie. Skończyło się więc na tym, że musiałam posprzątać z Sofie stół, a reszta dzieci poszła spać. Dlatego pomyślałam, że to musiała być dobra chwila na spytanie mamy o list, gdy tylko skończę sprzątać.
Gdy miałam iść do mamy, zatrzymało mnie usypianie Oli, przez co skończyłam pracę dopiero późno w nocy. Na szczęście mama nie była zajęta, więc podeszłam do sypialni rodziców.
- Hm, mamo, mogę cię o coś spytać? - zaczęłam, gdy weszłam. Starałam się zebrać w sobie całą odwagę, a z natury w ogóle nie byłam śmiała.
- Oczywiście – odpowiedziała z entuzjazmem. - co się stało?
Widziałam, jak była zmęczona. Całymi dniami potrafiła harować, a i tak jej zarobki zwykle nie były aż tak zadowalające.
- Widziałaś dzisiaj pocztę? Przyszło coś do ciebie.
- Tak, zauważyłam. - odparła, nie przerywając sprzątania.
Odetchnęłam cicho i kontynuowałam.
- A czytałaś to?
- Nie, na razie nie miałam czasu. Dlaczego pytasz? - spojrzała na mnie spokojnie.
- Bo widzisz, może to coś ważnego? - miałam nadzieję, że zaraz powie, że przeczytała go tak naprawdę i wytłumaczy mi wszystko. Tymczasem obie miałyśmy zupełnie inne myśli.
- Jeśli to będzie coś ważnego do omówienia, zawołam cię. - uśmiechnęła się. - Leć spać, jutro znowu szkoła, a nie zamierzam iść tam za ciebie.
Uśmiechnęłam się do niej i nieco rozczarowana wróciłam do pokoju, gdzie odrobiłam lekcje, spakowałam się i koło północy mogłam iść spać.

* * *


Następnego ranka byłam zła na siebie, że poszłam tak późno spać. Nie miałam ochoty iść znowu do szkoły, po tym jednym dniu wolnego, jakie zagwarantowała i rodzina (w domu było strasznie dużo roboty, a ciocia miała iść do pracy, dlatego miałam ją zastąpić i zrobić obiad itp).
Z niechęcią zeszłam po schodach z mojego poddasza, aż na parter, gdzie była kuchnia, salon, jedna z dwóch łazienek (plus dla domu) i gabinety dorosłych. Oczywiście, pierwszą moją pracą było zrobienie kanapek do szkoły dla rodzeństwa. Potem wszystko potoczyło się szybko, i dosłownie w ostatniej chwili dobiegłam z Sofie i bliźniakami na autobus szkolny, z którego korzystamy tylko wtedy, gdy zaśpimy.
- Dobra, macie wszystko? - upewniłam się, spoglądając na bliźniaków.
- Chyba tak, ja przynajmniej o niczym nie zapomniałem – odparł Henri.
- Ja też! - dodała Margaret.
- Okey, w szkole już sami pobiegniecie do sali, dacie sobie radę. Sofie, ty też sama dojdziesz, jak chcesz to idź z młodymi. - powiedziałam.
Przytaknęli, dlatego po dotarciu na miejsce, szybko pobiegłam do sali, choć do dzwonka miałam jeszcze kilka minut. Błyskawicznie dotarłam do szafki, gdzie spakowałam do torby resztę książek i ruszyłam schodami na trzecie piętro szkoły, gdzie znajdowała się sala biologiczna.
Nauczyciel na moje szczęście postanowił nie zaczynać lekcji przed dzwonkiem, jak czasem bywało, dlatego spokojnie zajęłam swoje miejsce w ławce przy oknie.
- Marnie wyglądasz. - usłyszałam dziewczyński głos nad sobą.
- Mi też miło cię widzieć, Rosalie. - odparłam, podnosząc głowę.
Ta uśmiechnęła się do mnie i usiadła w ławce przede mną i odwróciła się, by móc ze mną rozmawiać. Jej długie jasne włosy opadały gładko na ramiona. Miała jasne oczy, śliczną twarz, i oczywiście była dość popularna jak na takie osoby przystało. Jej skrzywiony uśmiech zwiastował pretensje, których i tak się spodziewałam.
- Dlaczego wczoraj nie przyszłaś? Co znowu musiałaś robić? - zapytała.
- Musiałam zająć się dzieciarnią, zrobić obiad i takie tam. - odparłam, opierając się o swoje ręce.
- Wyglądasz strasznie, jakbyś nie spała całą noc. - stwierdziła, czego nie skomentowałam. Pokręciła głową. - Ale wiesz, mamy nowe wieści. - tu twarz jej się rozjaśniła.
- Dawaj. - zachęciłam ją.
Uśmiechnęła się tajemniczo – robiła to zawsze, gdy chciała coś mi powiedzieć. To był jej zwykły nawyk, który bynajmniej nie robił wielkiego wrażenia.
- Podobno już niedługo ma dojść nowa osoba do szkoły!
Uniosłam brwi.
- Rosalie, jesteś świadoma, że zazwyczaj przynajmniej raz w miesiącu dochodzi jakaś nowa osoba? - zapytałam. Powinnam dodać, że nasza szkoła była popularna, często rodzice przepisywali dzieci z innych szkół właśnie tutaj.
- No tak, ale tym razem jest inaczej! - powiedziała zniecierpliwiona. - Bo ta osoba to chłopak bardzo bogaty.
- W związku z czym...? - zachęciłam ją do kontynuowania, bo sama nie wiedziałam, o co jej jeszcze chodzi. Według mnie było to normalne, jedni bogaci, drudzy mniej. Nie rozumiałam, co było takiego niesamowitego w tym, że to był chłopak. Dla mnie to mogłaby być równie dobrze bogata dziewczyna.
Rosalie odetchnęła, przygotowując się na odpowiedź.
- Otóż, chłopak ten będzie chodzić do naszej grupy! - uśmiechnęła się promiennie, oczekując oklasków. Ja tylko uśmiechnęłam się, by nie było jej przykro. Postanowiłam być po prostu miła.
- To fajnie, pewnie masz ochotę go poznać.
- Słucham? Chyba żartujesz! – oburzyła się. - Ja miałam na myśli ciebie, przecież nie będę się narzucać komuś takiemu, gdy obok siebie mam o wiele lepsze szanse. - chodziło jej oczywiście o – już niedługo „jej” – Michaela, chłopaka niezwykle przystojnego, ale bardzo nie w moim guście. Natomiast Rosalie zauroczyła się w nim jakiś rok temu, ale jak twierdzi, do tej pory nie zdawała sobie z tego sprawy.
Jak dla mnie, trudno jest kogoś kochać i w międzyczasie chodzić z innymi (moja przyjaciółka miała wielu chłopaków).
- Wiesz, wolałabym go najpierw poznać, zanim będę do niego przypisana na twojej karcie związków. - powiedziałam. Nie prowadziła takiej karty, ale miała dar do oceniania, kto w kim jest zakochany itp.
- Nie przesadzaj, może tym razem akurat?
Nagle zadzwonił dzwonek, a do klasy wszedł nauczyciel, więc usiadłyśmy na swoich miejscach, zanim nauczyciel się zorientował o naszym niekoniecznym przygotowaniu na jego lekcję.
Przez resztę dnia rozmawiałyśmy tylko trochę, ale bynajmniej nie o sprawach, jakie mogłyby być ważne.
Wróciłam do domu, kontynuując swój plan dnia. Miałam sporo roboty, a ciocia wyraźnie i tak miała dość pracy. Lekcje odrobiłam co prawda niedługo po powrocie do domu, ale i tak nie mogłam pójść wcześniej spać.
Kolejne dni mijały, a do szkoły nie doszedł żaden nowy uczeń, a mama nie powiadomiła mnie o niczym, jakby ten list nie istniał. Czułam się z tym źle, bo wiedziałam, że coś ukrywa, ale na razie nie chce i o tym mówić. Reszta dorosłych w tej rodzinie zresztą też.
Natomiast dwa tygodnie później dotarła do nas zdecydowanie najdziwniejsza wiadomość.
Sofie wracała ze szkoły i po drodze sprawdziła pocztę. Przybiegła do domu i od razu zaczęła rozdawać:
- Tato, rachunki za ten miesiąc – powiedziała do wujka Thomasa. - To moje – stwierdziła, patrząc na pocztówkę od koleżanki z wakacji. - I to do wujka Maksa i cioci Ani... - przerwała, bo Henri wyrwał jej kartkę z rąk.
- Ja przeczytam!
- Sofie, daj mu, niech się cieszy – westchnęłam, choć mocno mnie korciło, bym to ja przeczytała, od kogo jest ten list.
Henri ucieszył się, choć uśmiech znikł z jego twarzy, gdy zobaczył, że nie da rady przeczytać tylu liter. Zaczął coś niewyraźnie czytać, więc podeszłam i wzięłam to od niego.
- Na pewno innym razem dasz radę – pocieszyłam go i zerknęłam na kartkę, bo widziałam, że wszyscy się niecierpliwią.
Lecz takiej wiadomości się nie spodziewałam.
- Mamo, to pozew do sądu. - powiedziałam przerażona.
Cisza trwała stosunkowo krótko, bo dzieci i tak nie wiedziały, o co chodzi.
Tata podszedł do mnie i wziął kartkę, otwierając kopertę wraz z mamą.
- Dzieci, idźcie spać – powiedziała stanowczo ciocia.
- Ale nie było kolacji! - zdziwiła się Margaret.
- Potem na nią przyjdziemy – obiecałam, biorąc dzieciarnię na górę. Chciałam tam zostać, ale ciocia dała mi wyraźny znak, bym szła z dziećmi razem na górę.
Na kolacji nikt się nie odzywał. Spokojnie posprzątałam wszystko, ale widziałam, że mama ledwie powstrzymywała płacz, a tata był blady. Ciocia i wujek natomiast mocno się martwili.
Postanowiłam przyjść do nich później, ale nie rano. Ta sprawa musiała się w końcu wyjaśnić.

_____***_____


Z opóźnieniem, ale jednak dodany rozdział pierwszy! Mam wielką nadzieję, że wam się spodobał i liczę na szczere komentarze.
Następny ukarze się w weekend, najpóźniej we wtorek.
Do następnego!!!
Tagi: ...
27.01.2016 o godz. 22:02
Większość historii zaczyna się w chwili, gdy coś się zmienia w życiu któregoś z bohaterów. To zazwyczaj oznacza, że jego wcześniejsze życie było nudne, pozbawione sensu, by się okazało, że życie ma dobre strony. Można też spodziewać się szczęśliwego życia bohatera, który nagle orientuje się, że jego życie to nie tylko sława, a do szczęścia wiele mu brakuje.
Wielu rzeczy można się spodziewać w takich historiach, można wymyślić wiele tego typu scenariuszy. Zapewniam jednak, że nie mam pojęcia, jaki scenariusz będzie miała ta historia.
To był taki mały wstęp, może na razie postaram się przedstawić.
Jestem Cecylia, mam 15 lat (w tym roku kończę 16) i czuję się dosyć dobrze w rodzinie, w której się wychowałam. Nie mam rodzonego rodzeństwa, wraz z rodzicami mieszkamy z ciocią Victorią i wujkiem Thomasem i z ich czwórką dzieci: dwuletnią Olivią, bliźniakami - siedmioletnimi Margaret i Henrim oraz z jedenastoletnią Sofie. To spora rodzina, wiem, ale dosyć dobrze nam się żyje w ich wielkim domu.
Jedynym odstępem jest to, że byłam adoptowana. Wiedziałam o tym od dawna, jako dziecko nie wiedziałam do końca, co to znaczy, a całą wiadomość przyjęłam bardzo spokojnie, niczym się nie przejmując.
Wracając do scenariusza, o którym pisałam na początku, w moim życiu również coś się zmieniło. Dokładnie w dniu, kiedy najmniej się tego spodziewałam:
Otóż, siedziałam sobie spokojnie w kuchni, bezskutecznie próbując namówić Olivię do zjedzenia obiadu. Nie wiedząc, co robić dalej, zawołałam ciocię Vickie, by ona sama spróbowała namówić swoją córkę do jedzenia.
- Choć raz mogłaby dać mi za wygraną i zjeść ten obiad. - westchnęłam, patrząc na Oli, która już bez zarzutów wcinała jedzenie. Ciocia uśmiechnęła się.
- Niestety wiesz, jaka jest Oli. - wytłumaczyła.
Zrezygnowana podeszłam do zlewu i zaczęłam zmywać naczynia, które powinny być w zmywarce. Niestety tego samego dnia rano była ona już wypełniona po brzegi, a ja nie miałam najmniejszej ochoty próbować coś jeszcze tam wcisnąć. Włączyłam maszynę, a następnie powróciłam do stołu, gdzie ciocia właśnie kończyła karmić Olivię.
- Możesz sprawdzić pocztę? Jakoś do tej pory nie miałam czasu tego zrobić, a mam sporo prasowania. - ciocia wydawała się zmęczona, więc nie odmówiłam jej.
- Dobrze, zaraz wracam. - odrzekłam i w międzyczasie zastanawiałam się, dlaczego właściwie nie zatrudnimy tu sprzątaczki, która mogłaby nas wyręczać. Jednak, analizując sytuację panującą w domu, doszłam do wniosku, że chyba nawet pięć sprzątaczek nie dałoby rady zająć się wszystkim, więc musiałam się po prostu pogodzić z tym, że jestem skazana na bycie pomocną ręką w tym domu.
Wyciągając listy przerwałam swoje refleksje, witając się z sąsiadami, którzy codziennie o tej porze robili sobie spacer po okolicy. Bez sprawdzania wzięłam wszystkie papiery i wróciłam do domu, rzucając je na stół w kuchni, gdzie ciocia nadal zajmowała się córką, a reszta rodzeństwa wbiegła do pomieszczenia z krzykami.
- Czy choć ras możecie pobawić się w mniej głośną zabawę? - spytałam się Henriego, który właśnie gonił Margaret pod stołem. Oboje zignorowali moje pytanie.
- Nie przejmuj się, wyrosną z tego. - zapewniła mnie ciocia, przeglądając listy.
- Mam nadzieję. - westchnęła. - To chyba tylko rachunki, nie patrzyłam na resztę. - zapewniłam ciocię o poczcie i pobiegłam na górę do swojego małego pokoju. Otrzymałam go na urodziny, gdyż do tamtej poru dzieliłam się wraz z Sofią jednym pomieszczeniem, zdecydowanie za małym dla nas dwóch. Z tego powodu moi rodzice i wujkowie postanowili dać mi trochę prywatności i udostępnili mi długo nieużywany pokój na poddaszu, gdzie kiedyś przechowywano stare zabawki i tego typu rzeczy.
Będąc w swojej świątyni, gdzie muszę się wspinać po małych schodkach, włączyłam sobie muzykę na głośnikach i położyłam na łóżku, rozpływając się w melodii, którą tak bardzo lubiłam. Nie przepadałam na rockiem i popem, nawet się na tym nie znałam, po prostu słuchałam delikatnych brzdąknięć gitary, dźwięków skrzypiec lub gry fortepianu. Zamknęłam oczy i wyluzowałam się.
Powinnam dodać, że imię Cecylia dostałam ze względu na to, że jest ona patronką muzyki, a moi przybrani rodzice chcieli, bym się muzyką zajmowała. Oprócz tego bardzo lubiłam malować, śpiewać, grać na instrumentach i tego typu rzeczy.
Mój odpoczynek skończył się szybko, jak zwykle zresztą. Otóż moje cioteczne rodzeństwo nauczyło się nie wchodzić dna mój teren prywatny, ale zamiast tego, chcąc mnie zawołać, walili piłką o drzwi prowadzące do mojego pokoju.
- Cecylia, mama cię woła! - krzyknęła Margaret wraz z bratem. Chodziło jej oczywiście o swoją mamę, czyli o moją ciocię.
- Co się stało? - odkrzyknęłam.
- Podobno jest list do twojej mamy, ale bardziej do ciebie!
Ponieważ nie miałam zielonego pojęcia, co to może znaczyć, zbiegłam do nich na drugie piętro, po drodze obrywając piłką, która miała trafić w moje drzwi.
- Margaret, co to może znaczyć? Jak list może być do mnie i do mojej mamy równocześnie?
- Oj, po prostu, zaadresowane jest do twojej mamy, ale Vickie mówi, że to do ciebie.
- Henri, Margaret, oddajcie mi te listy! - usłyszałam z dołu głos cioci Vickie.
Westchnęłam, zrezygnowana zachowaniem bliźniaków.
- Margaret, oddaj mi te listy, zaniosę je twojej mamie, dobrze? - powiedziałam, biorąc do ręki listy. Przejrzałam je, ze zdziwieniem stwierdzając, że ten do mojej mamy jest już otwarty.
Chciałam krzyknąć na Margaret, ale ta już uciekła, więc po prostu odniosłam wszystko cioci. Oprócz tego jednego, otworzonego listu.
Nie miałam złych zamiarów. Na serio, chciałam tylko jakoś zamaskować podarty kartonik, zastąpić go nowym, czy coś. Jednak, gdy zobaczyłam od kogo jest ten list i dlaczego pisze do mojej mamy, nie mogłam tego tak po prostu zostawić.
Nadawcą była jakaś Ursula Shmit. Oczywiście, musiała mieć takie nazwisko, dość popularne w tych czasach. W każdym razie, list był zaadresowany do mojej przyrodniej mamy, nie do mnie. Wyciągnęłam więc pierwszą część listu (właściwie zdziwiło mnie, dlaczego ktoś wkładał do jednej koperty dwa listy, jakby na jednym mu się nie zmieściło).

Droga przyjaciółko,
Cieszę się, że nie zapomniałaś o mnie. Dawno się nie widziałyśmy, byłam przekonana, że jesteś zbyt zajęta na pisanie do starych koleżanek.
W każdym razie, nie udało mi się dostać informacji, o które prosiłaś. Można tylko zgadywać, kim byli rodzice Cecylii, bardzo mało informacji jest na ten temat. Nie powinnaś się jednak martwić – każda adoptowana osoba przechodzi fazę „kim są moi prawdziwi rodzice”. A przynajmniej większość. Nie martw się, jeśli Cecylia nie będzie mogła dać sobie z tym spokoju, to przejdzie jej prędzej czy później, zapomni o tym.
Nadal szukam informacji na ten temat. Myślę, że jestem blisko. Poza tym, ktoś chciał przekazać ci jeszcze jedną wiadomość, ale jej nie czytałam, tylko załączyłam ją do koperty.
Twoja przyjaciółka



Drugiej części nie przeczytałam. Pomyślałam, że to niesprawiedliwe, że czytam coś, co jest do niej. Oczywiście, całe moje rodzeństwo cioteczne myśli, że jak coś jest do mojej mamy, to jest do mnie. Postanowiłam się tym oswoić, zakleiłam z powrotem kopertę, ile się dało, a następnie zeszłam na dół i niepostrzeżenie odłożyłam list na swoje miejsce.
Długo mnie zastanawiało, co mogła oznaczać treść listu. Już dawno przestało mnie interesować, kim byli moi prawdziwi rodzice. Uznałam więc, że po prostu omówię to niedługo z mamą i wszystko się wyjaśni.
Oczywiście, trochę się już wtedy myliłam, bo sprawy tak naprawdę miały jeszcze bardziej pokomplikować.

_____***_____


Cóż, mam nadzieję, że spodobał się wam prolog, trochę dłuższy niż planowałam :) Do następnego!!! ;)
Tagi: ...
19.01.2016 o godz. 20:28
Pewnie każdy, kto patrzył na datę mojego ostatniego wpisu, zobaczył, że zaniedbałam swoje opowiadanie i bloga.
Nie ma sensu owijać w bawełnę - kategorycznie zepsułam swojego bloga zaczynając nowe opowiadania, które i tak nie wypaliły. Z okazji tego, że rok 2016 się zaczął, postanowiłam popracować nad nowym opowiadaniem.
Tym razem nie zaniedbam stawionych sobie obowiązków, ewentualnie o zmianach poinformuje.
Mam zapisane kilka rozdziałów, a raczej ich zarys. Prolog wstawię dziś lub jutro w wolnej chwili. Kolejne rozdziały będą dodawane co tydzień, ewentualnie co dwa.
Nowe opowiadanie nie zmienia nazwy, bo tematyka jest podobna. O treści przekonacie się czytając prolog.
Mam nadzieję, że ta powieść spodoba się wam. Jeśli ktoś zdecyduje się na komentarz, proszę o szczerość.
Tymczasem składam długo spóźnione życzenia z okazji Nowego Roku :) Szczęścia, zdrowia i spełnionych marzeń!!!
Pozdrawiam :)
Tagi: ...
17.01.2016 o godz. 15:40
Gdybym miała tą sytuację opisywać w pamiętniku, pewnie byłaby to ciekawa notka. Zapewne osoba, do której tekst ten dostałby się jakimś sposobem, spodziewałaby się dwóch rzeczy. Pierwszą byłby scenariusz opisujący sytuację, że to jakieś romantyczne spotkanie, znajomość itd. Drugim byłoby opisanie sytuacji w której człowiek, na którego wpadłam okazałby się zwykłym chamem, gościem o złym wychowaniu.
Jako, że tak owego notatnika nie piszę, raczej nie wpadnie ona do osób nieproszonych. Ale padło na was i teraz zapewne oczekujecie któregoś z tych scenariuszy.
Niestety, nie jestem w stanie określić, na który trafiłam.
- Przepraszam!
To byłam akurat ja. Będąc mocno wstrząśnięta, stałam trochę jak wryta. Chłopak natomiast mruknął coś i odsunął się, zamykając oczy. Zdążyłam jeszcze zobaczyć, że miał ciemne włosy, trochę potargane i był ubrany dosyć normalnie, jak człowiek cywilizowany. Ale nie w słowach.
- Czy mogłabyś mi łaskawie wytłumaczyć, co, do choroby, robisz w moim do mu o tej porze?
Cóż, mocno mnie to zatkało. Nawet bardzo.
- Przepraszam? - powiedziałam wolniej, marszcząc brwi.
Ten nareszcie popatrzył na mnie. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale momentalnie je zamknął i chwilę się przyglądał.
- Ty nie jesteś Lidia. - to było stwierdzenie, nie pytanie.
- Spostrzegawczość - poziom rozszerzony. - palnęłam bez zastanowienia się. Jednak zorientowałam się, że nie wiem, jaka jest to osoba, więc znowu: - To znaczy... Nie to miałam na myśli...
- Rozumiem, że przyszłaś tu na lekcje mojej matki, ale po co przyszłaś na samą górę? - powiedział, nie zwracając uwagę na moje wcześniejsze powiedzenie.
- No cóż, mieszkam tu?
Teraz on stanął jak wryty. A przynajmniej tak przypuszczałam, bo z jego twarzy nic nie wyczytałam. W końcu jakby zamknął oczy z niedowierzania, podniósł rzeczy, które wcześniej przeze mnie opuścił i bez słowa mnie minął. Tak po prostu sobie poszedł.
Stałam tak chwilę, aż zorientowałam się, że wpadłam na niego, bo nie zauważyłam wcześniej drzwi po lewej. Tak to bym przynajmniej miała z głowy ogarnianie logiki tego człowieka.

***

Mój pokuj był śliczny, jak dla mnie. Ściany kremowe, ogólny wystój w ciemniejszych kolorach. Łóżko było duże, było przysunięte pod ścianę, na przeciwko było biurko z potrzebnym wyposażeniem. Obok szafa, jakieś szafki po drugiej stronie i oczywiście śliczne, duże okno z zasłonami. Po przyglądaniu się zobaczyłam, że na parapecie spokojnie można sobie posiedzieć. Marzenie, w życiu lepiej bym sobie tego nie wyobraziła. No, może inne kolory, ale mniejsza z tym. Jeszcze nigdy nie miałam tak pięknego otoczenia.
Na środku stały już walizki, które przysłałyśmy z Judy wcześniej. Położyłam swoją torbę obok i zaczęłam się rozpakowywać. Pierwsze, co zrobiłam, to włączyłam muzykę, potem uchyliłam okno i wzięłam się do układania ubrań na półkach.
Jakiś czas później zostałam zawołana przez donośny głos Judy. Już wiele razy się przekonałam, że dałaby radę przekrzyczeć tłum na koncercie, więc się nie zdziwiłam. Ale dziwne było to, że tak jakby przerwała w pół krzyku. Grzmiało to mniej więcej tak:
- Cassi!...
Szybko zbiegłam na dół, mimo problemu z odnalezieniem się w korytarzu i zobaczyłam siostrę na schodach, jakby zamurowaną.
- Judy, co się stało? - spytałam.
- Bo widzisz... Właśnie zorientowałam się, że jest tu na górze ktoś jeszcze i zrobiło mi się głupio. - wyznała. Uśmiechnęłam się do niej ciepło.
- Następnym razem po prostu nie wrzeszcz. Ale po co i tak mnie wołałaś?
- Pani Powell zawołała nas dopiero, ale ty nie słyszałaś.
Zeszłyśmy więc szybko na dół i udałyśmy się do kuchni, po chwili poszukiwania (zgubiłyśmy się na pierwszym piętrze, a kuchnia była na parterze). Po drodze Judy szeptała mi:
- Jak myślisz, to dobrze, że tu trafiłyśmy?
- Jest na pewno lepiej, niż wcześniej. - odpowiadałam jej. Tego typu mniej więcej pytania zadawała, więc starałam się być dla niej cierpliwa.
Przy obiedzie, gdzie stół był elegancko zastawiony starałam się przybrać wrażenie jeszcze bardziej rozważnej, niż zwykle. Jakoś czułam, że to do siebie pasuje.
Pani Powell okazała się bardzo życzliwa i gadatliwa. Z tego, co się domyśliłam, lubiła być w towarzystwie i wolała słuchać więcej siebie, niż innych. głównie odpowiadała jej Judy, jako zapalona i ciekawa świata młoda nastolatka. Ja byłam bardziej skryta, nie lubiłam rozmawiać.
Pani Powell wypytywała nas głównie o to, co lubimy robić, co nam się tu podoba i jak wiele jeszcze rzeczy musimy sprawdzić w tym mieście. Zgadzałam się z siostrą co do wypowiedzi, czasami dodałam coś od siebie.
W pewnym momencie kontem oka zobaczyłam kogoś w kuchni. Odwróciłam się dyskretnie i zobaczyłam pannę McKeegan surowo patrzącą na kogoś. Gdy się przyjżałam, zobaczyłam chłopaka, na którego wpadłam.
Z tego, co zrozumiałam, kobieta o coś go wypytywała, a on olewał ją, dodał jakąś swoją uwagę, wziął jedzenie i podobnie jak ze mną, ominął ją bez słowa. Nie zdążyłam zobaczyć niczego więcej, bo siostra o coś mnie wypytywała.
Przez resztę dnia zastanawiałam się, kim jest chłopak. Domyśliłam się, że należy do tej rodziny, ale nie wiedziałam dlaczego nie pochwaliła się nim matka.
Miałam też nadzieję, że następny dzień, kiedy miałam się przygotować do szkoły, będzie ciekawszy.

___________________


Trochę późno dodałam i pewnie jest nudny. Ale ma nadzieję, że przynajmniej dalsza część was zaciekawi :)
Do następnego!
Tagi: ...
25.11.2015 o godz. 19:28
Po wejściu do samochodu wraz z Judy, pamiętam tylko tyle, że przedstawiłyśmy się szoferowi - mężczyźnie w średnim wieku - a potem ja założyłam słuchawki, nie zważając na resztę. I odpłynęłam.
Smętnie otworzyłam oczy, czując głód. Z wstydem zorientowałam się, że spałam z otwartymi ustami. W głębi ducha cieszyłam się, że siedziałam z tyłu samochodu obok siostry.
Poranek nie był zbyt pochmurny. Wyglądał raczej, jakby słońcu odechciało się grzać, a chmury były tylko tak na ozdobę. Zdziwiłam się, jak bardzo pogoda zmieniła się w ciągu tych... Oj. Straciłam poczucie czasu.
Zamiast genialnie zajrzeć do komórki i sprawdzić godzinę, postanowiłam nawiązać jakiś kontakt z szoferem. Judy spała, pewnie też długo. Musiał się źle czuć, samemu w ciszy.
Ściągnęłam słuchawki i ociągnęłam się ostrożnie, by nie strącić opierającej się na mnie głowy Judy. Usłyszałam wtedy delikatną muzykę klasyczną, jakiegoś kompozytora, którego nie znałam.
- Wiadomo już może, gdzie jesteśmy? - spytałam, ziewając mimo wszystko. W lusterku ujrzałam uśmiechniętą twarz szofera, nie spuszczającego wzroku z ulicy.
- Ni wiem dokładnie, ale wnioskuję, że jeszcze trochę trasy trzeba przebyć. - zerknął na zegarek na ręku. - Niecałą godzinę, jak mi się zdaje.
Westchnęłam mimowolnie. Nagle zrozumiałam, że większą część drogi po prostu przespałam. W nocy pozwoliłam sobie z Judy tylko na kilka godzin snu - jak zwykle zostawiłam wszystko na ostatnią chwilę, nie chcąc się zbierać szybciej. Rano końcowo zebrałyśmy wszystkie rzeczy i wsiadłyśmy do samochodu.
Nie spodziewałam się, że będziemy jechać samochodem rodzinnym, prowadzonym przez szofera. Miałam nadzieję od razu zobaczyć któregoś z opiekunów, lub kogoś z nowe rodziny. Wiedziałabym przynajmniej, czego się mniej więcej spodziewać i jak pomóc siostrze. To na pewno.
Wyjrzałam przez okno. Pogoda była niby słoneczna, ale sądząc po zaopatrzeniu ludzi w ciepłe kurtki jesienne i żakiety, można się było spodziewać chłodu. Z resztą nie dziwiłam się. Nawet łatwo się było domyśleć.
Moje rozmyślanie przerwał szofer, ciągle patrzący się na drogę.
- Lubisz może muzykę klasyczną?
Treść zdania odebrałam po upływie kilku sekund. Zdziwiłam się tym pytaniem, ale mimo to starałam się ułożyć jakieś sensowne zdanie.
- Nie często słucham tego rodzaju muzyki... Nie przepadam za nią. - powiedziałam. W rzeczywistości nawet nie mogłam się dobrze na ten temat wypowiedzieć - do tej pory prawie w ogóle nie mogłam jej słuchać.
- A grałaś może na czymś?
Kolejne zbicie z tropu. Aż głupio mi było to powiedzieć. Zanim się obejrzałam, wypaliłam:
- Wolałabym o tym nie mówić.
- Rozumiem. - odpowiedział mężczyzna. - Spodziewaj się jednak tego tupu pytań w nowym domu, możesz je spotykać dość często.
- Och... - rzekłam tylko i odwróciłam głowę w stronę szyby. Już czułam, jak Judy się budzi, unosząc głowę, więc spytałam tylko;
- Jaka jest ta rodzina?
- O tym dowiesz się za jakieś pół godziny. - uśmiechnął się.

***

Te pół godziny minęły raczej szybko. Zanim się obejrzałam, wjeżdżaliśmy do tej części miasta, gdzie domy i supermarkety ciągnęły się w rzędach. Co jakiś czas widziałam odrębne budynki szkół prywatnych lub publicznych artystycznych. Norma, podobnie jak w poprzednim domu. Tam też to wszystko było, tylko mniejsze, biedniejsze i nie było szkół artystycznych...
Odepchnęłam od siebie dawne wspomnienia.
- Cassie, już zaraz będziemy. - szepnęła mi z przejęciem Judy. Tak bardzo nie mogła się doczekać nowej rodziny, choć, oczywiście, nadal tęskniła za mamą. Jaz resztą też.
- Proszę pana, do którego domu jedziemy? - spytała znów Judy.
- Do żadnego z tych, jeszcze chwila.
Zamknęłam oczy, mając nadzieję, że to sen. Chciałam, by znów nadeszły te czasy pięknego dzieciństwa, wspólne zabawy z mamą i malutką Judy... By wszystko było jak z bajki...
- To tutaj.
Na te słowa wypowiedziane przez szofera automatycznie otworzyłam oczy. I przez chwilę na prawdę myślałam, że to bajka.
Ujrzałam bowiem biało-berzowy dom, zbudowany w stylu dworku. Wyglądał niczym wyciągnięta rezydencja Banksów z filmu "Ojciec panny młodej". Różnicę stanowiły rosnące brzozy, których liście po części leżały na obszernym podwórku z posadzonymi krzaczkami i mniejszymi kolorowymi kwiatkami.
I to miał być mój dom.
Wjechaliśmy na podwórze, ja oniemiała, a Judy piszcząca z radości. Wyszłam z samochodu i próbując się opanować, wyciągnęłam torbę podręczną Judy, która już dawno zdążyła o niej zapomnieć.
Na ganku stała kobieta, mniej więcej trzydzieści lat, surowo wyglądająca, ale uśmiechnięta. Miała blond włosy upięte do góry, fryzura wydawała siębyć idealnie dopasowana do ciemnozielonej spódnicy do kolan i czarnej, odświętnej bluzki.
- Cassandra i Judy, mam rację? - zapytała, gdy obie powiedziałyśmy dzień dobry. - Witam. Zapraszam do środka, pani Powell już na was czeka od kilku godzin, bardzo się cieszy, że przyjechałyście tak szybko.
Przytaknęłam i weszłam do środka, puszczając wpierw siostrę.
- Och, nareszcie jesteście! - powiedziała z korytarza zbliżająca się kobieta. Była mniej więcej w wieku mamy, czyli około czterdziestu lat. - Wybaczcie moją sklerozę, ale nie pamiętam waszych imion. Przedstawicie się?
Patrzyłam na nią uważnie. Miała dokładnie taką samą przejętą minę Judy, gdyby były tego samego wieku, zapewne wyglądałyby jak bliźniaczki. A przynajmniej tak zgadywałam. Nigdy nie byłam wzrokowcem, w przeciwieństwie do siostry.
Nagle zrozumiałam, że za dużo się przyglądam, więc otrząsnęłam się szybko i pośpiesznie odpowiedziałam:
- Jestem Cassandra. To moja siostra, Judy. - uśmiechnęłam się miło, by nie wzbudzać podejrzeń. Z resztą, raczej nie miałam się czego bać.
Ta uśmiechnęła się promiennie.
- Ach, już pamiętam! Judy i Cassandra, 12 i 15 lat. No tak, pół godziny o was czytałam to, co mi napisali! - zaśmiała się. Widać, że była przejęta naszym przyjazdem. - Ja jestem Camilla. Wybaczcie, jeśli informacje o naszej rodzinie do was nie dotarły, ale wszystko potoczyło się tak szybko... - westchnęła. - Ale chyba to nie popsuje niczego, co?
Judy uśmiechała się ciągle, choć wiedziałam, że w głębi serca tęskni za mamą. Nie za dawnym życiem, ale właśnie za nią. Reszta nie była warta wzmianki.
- Pani McKeegan , która was przywitała przed domem, zaprowadzi was do pokoi. - wskazała na trzydziestolatkę. - Teraz pokażę wam tylko gdzie jest kuchnia, salon itp.
Poszłyśmy śladem za nią, rozglądając się po pomieszczeniach. Wprawdzie nie był to aż tak stary dom, bo wyglądał w miarę nowocześnie. Eleganckie dekoracje, choć niemodne, wyglądały trochę jak wyjęte z "Ani z Zielonego Wzgórza", jednak jak mówię, nie staro.
- Tutaj na wprost jest salon. - otworzyła nam jasne drzwi i dała wejść. Czułam się trochę jak na wystawie w muzeum. Ton głosu pani McKeegan był zbyt surowy.
Rozejrzałam się pospiesznie po jasnym pokoju, gdzie z rogu stało coś dużego i czarnego. Gdy zerknęłam na to drugi raz zrozumiałam, że to fortepian.
Wbrew pozorom, pierwsze, co pomyślałam, to - jak udało się im przenieść go przez tak małe drzwi i korytarz?
Już nawet nie patrzyłam na siostrę - wiedziałam, że jest bliska omdlenia. Za dużo wspaniałości.
W wyglądzie.
- Dalej jest kuchnia i jadalnia. Są prawie połączone. - powiedziała kobieta, przechodząc do następnego pomieszczenia. - Tam dalej, drzwi z rogu to toaleta. Raczej traficie. A teraz po zupełnie drugiej stronie - tu obróciła nas w stronę przedsionka - są schody. Tam teraz idziemy.
Zdziwiło mnie, że tak po prostu mówią, co jest gdzie i nie pokazują. Znaczy, salon zobaczyłyśmy. Kuchnię i jadalnię troszkę, a od łazienki tylko drzwi. Wbrew pozorom, wszystko było ogromne.
Poszłyśmy na górę i chyba tylko ja zobaczyłam, że pani Camilla już nam nie towarzyszy. Wycofała się do kuchni, jednak nie chciałam już pytać, po co tam idzie. To jej sprawa.
Góra wyglądała bardziej skomplikowanie. Korytarze były dwa w różnych kierunkacg, ale jak się domyślałam, było podobnie jak na dole.
- Tu jest bardziej piętro gospodarcze. Ja i pani Powell mamy tu sypialnie, jest stary gabinet i coś w rodzaju pralni. Wasze pokoje są na górze.
Mimo, że domyślałam się ilości pięter w takim domu, jednak byłam przekonana, że ostatnie piętro będzie strychem. Cóż, myliłam się.
Weszłyśmy dalej do ciemniejszej, jakby batdziej obszernej części domu. Korytarze były dwa, jednak nie było widać okien. Wszystkie pomieszczenia zakrywały okna, przez co było to najciemniejsze miejsce w domu. Przez chwilę miałam wrażenie, że można się tu zgubić.
- Judy pokój jest prawie na wprost. Możesz się już rozgościć. - powiedziała, a siostra d razu pobiegła do pomieszczenia, prawie piszcząc z radości. Uśmiechnęłam się i poszłam dalej, w ciemny korytarz za kobietą.
- A gdzie ja mam pokój? - spytałam.
- Dalej, na wprost. Wiem, że ten dom jest na prawdę ogromny tutaj, ale się przyzwyczaicie. - zaświeciła światło. - przedostatnie drzwi po lewej, to twój pokój. Na pewno trafisz.
- Co jest na końcu?
- Nic takiego, na pewno się dowiesz. A, obok pokoju twojej siostry też jest łazienka, możecie obie z niej korzystać.
- Dziękuję...
Zdziwiło mnie to, jak szybko się oddaliła. Tak, jakby się bała. Nie wiem czego, bo właściwie to ona wyglądała na tą, która wszystko bierze w swoje ręce. Nie licząc głowy rodziny. Pewnie nie było go nawet w domu.
Albo nie żyje.
Nie wiem, czego tego typu niespodziewane myśli przychodzą mi do głowy. Jedno jest pewno, nienawidzę ich. Czasami są zbyt trafne.
Stałam tak kilka minut zamyślona, aż w końcu poszłam dalej. Przedostatnie drzwi od końca... Trudno było cokolwiek zobaczyć, bo lampa słabo świeciła.
Drzwi się otworzyły momentalnie, a osoba wychodząca z nich wybrała sobie mało odpowiedni moment - wpadłam na ową osobę, przy okazji wytrącając coś z rąk i stąpając po stopach.
Wracając do tych dziwnych myśli, nie lubię ich też dlatego, bo szybko się rozpraszam. Jakby jakaś piosenka zaczynała głośno grać mi w uszach i nic innego nie słyszałam. Zazwyczaj wtedy przyspieszam kroku, patrzę w podłogę i zdarza się coś dziwnego...
- Przepraszam! - palnęłam momentalnie, patrząc mu w oczy.
Ale jeszcze nigdy nie wpadłam na wysokiego chłopaka w moim wieku, tak przeraźliwie wyglądającego i jednocześnie przystojnego.

_______________________


I mamy rozdział pierwszy! Mam nadzieję, że się spodobał ;)
Tagi: ...
02.11.2015 o godz. 21:02
Słuchałam właśnie koniec piosenki zespołu, którego nazwy nawet nie znałam. Ostatecznie przycisnęłam walizkę i z całej siły pociągnęłam za suwak. Zapięło się.
Zmęczona opadłam na swoje łóżko w pokoju. Resztkami sił podniosłam głowę i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Z trudem przyjmowałam wiadomość, że ostatni raz widzę to miejsce.
Po skończeniu się piosenki wstałam, zabrałam telefon i zniosłam do salonu swoją ostatnią, ważącą przynajmniej tonę walizkę i torbę podręczną.
- Judy, pakujesz się? - krzyknęłam do młodszej siostry.
- Chwila, już zaraz... Cassie, nie dam rady, chodź tutaj!
Westchnęłam i pobiegłam do mniejszego pokoju siostry, gdzie wszystkie ściany były oblepione kolorowymi farbami. Uśmiechnęłam się na widok kilku namalowanych ręcznie kwiatków z czasów dzieciństwa. Miło było patrzeć na swoje stare dzieło.
- Co się dzieje?
Judy podskakiwała przed szafą, próbując dosięgnąć najwyższej półki.
- Nie... mogę... dostać... - mówiła, robiąc przerwy między podskokami. - Och! W życiu tam nie dosięgnę! - krzyknęła, kończąc podskoki. - Gdybyś nie zabierała mi krzesła, już dawno bym skończyła!
- Dobra, już pomagam. I... hej! Przepraszam! - powiedziałam z uśmiechem patrząc na teatralny, nienawistny wzrok siostry. Sięgnęłam do półki, stając na palcach i wyciągając zawartość. Było to kilka ubrań i dwa misie.
- Proszę, a teraz włóż to do torby. Ja wezmę resztę twoich rzeczy. - powiedziałam, wychodząc z niewielką torbą.
Po kilku minutach o salonu weszła i ona, ciągnąć walizkę. Miała smutną minę.
- Nie mogę uwierzyć, że stąd wyjeżdżamy. - szepnęła. Westchnęłam i podeszłam do niej.
- Ja też, to bardzo dziwne. Ale pomyśl, mama ma teraz lepiej, a my będziemy w nowej szkole, poznasz nowe koleżanki... Nie cieszysz się?
- To nie to samo. - powiedziała. - Mama nie może z nami jechać, prawda?
Westchnęłam. Czułam, że będziemy musiały jeszcze o niej rozmawiać. Sama nie wierzyłam w to co mówię. Dobrze wiedziałam, że zmiana rodziny to nie jest dobry pomysł.
- Nie, nie może z nami jechać. - odparłam. - Ale jest teraz w dobrych rękach, często będziemy ją widywać.
Judy westchnęła i pociągnęłam nosem. Postarałam się nie iść w jej ślady. Teraz ja byłam tą odpowiedzialną osobą, nie mogłam płakać przy własnej siostrze.
- A jeśli ta nowa rodzina nie będzie fajna? - spytała się. Uśmiechnęłam się słabo.
- Myślą, że jakoś się przyzwyczaimy. Pomyśl, tyle przeszłyśmy, na pewno razem damy radę.
Przytuliłam się do niej ostatecznie.
- No, już na nas czekają! Zawołaj pana z dworu, niech wie, że jesteśmy gotowe. - popędziłam ją.
Ja sama wstałam i zaczęłam ciągnąć walizki siostry na dwór. Coś czułam, że nie będzie łatwo.
No, tak. Nic nie jest idealne.
Ale muzyka zawsze pomaga...

__________


Więc oto prolog! Uprzedzam, że sporo zmieniłam w tym opowiadaniu. Radzę nie przyzwyczajać się do tego, co było wcześniej.
Mam nadzieję, że prolog jest w miarę dobry. I zachęca do pierwszego rozdziału. Nie zmieniałam też nazwy mojego bloga. Uważam, że ta nazwa jest odpowiednia.
Do następnego!!!
Tagi: ...
14.10.2015 o godz. 14:43
Myślałam, że jak zacznę pisać nowe opowiadanie, będzie mi lepiej. Tak na prawdę opowieść o Cassie, Danielu i Michaelu było do tej pory najbardziej udanym, ale za bardzo to rozwlekałam.
Zacznę pisać to opowiadanie na nowo, usunę pisane do tej pory rozdziały, przerobię je i jak najszybciej wstawię kolejne. Tyle mi pozostało. Mam nadzieję, że nikogo nie rozczarowałam i robię dobrze. Widzicie, do tej pory nawet nie wiedziałam, o czym piszę. Teraz chyba jestem tego świadoma.
Jeśli chcecie sonie przypomnieć, o czym było to opowiadanie, to na razie go nie usuwam. Macie 15 rozdziałów plus prolog.
Wracam więc po kilku miesiącach do mojej opowieści. Liczę, że będziecie czytać.
Tagi: ...
14.10.2015 o godz. 11:46
gabi12734
The actress
Skąd: Polska
O mnie: Romantyczka ze Szkoły Muzycznej
statystyki
sekcja użytkownika
Emeli Sande - Read All About it, John Legend - All of me, Birdy - skinny love